Słownie: nic.

<>

Akt1. 

-Nie martw się kochanie, odrobinę się spóźnię.

-Nie ma problemu, zamówię stolik i butelkę dobrego wina.

Michael pochodził z uboższej rodziny. Na wypad do restauracji w centrum, oszczędzał przez miesiąc. Pracował w sklepie ojca, który nie stronił od alkoholu. Nie było dnia, a tym bardziej nocy, kiedy jego ojciec był trzeźwy. Michael zarabiał najniższą średnią krajową, ale nie przeszkadzało mu to w graniu na gitarze w bluesowym zespole. Właśnie granie, to była jego deska ratunkowa jeśli chodzi o pieniądze, które w domu nigdy się nie przelewały. Albo przelewały – do gardła ojca. Michael był ubrany skromnie, koszula w kratę wpuszczona w czarne, wąskie spodnie. Półdługie, jasne włosy dodawały jego chłopięcej twarzy specyficznego uroku.

Chwile potem zjawiła się Isle, dziewczyna Michaela. Chłopak ten nigdy nie miał szczęścia do kobiet. Zawsze któraś go wykorzystywała, albo jako zabawkę i sponsora, albo jako twarde wypełnienie. Isle była inna, w jego wieku. Miała takie same zainteresowania – muzykę, fotografię i filozofie. Świetnie się dogadywali. Ironiczny humor Michaela od razu spodobał się Isle. Razem nabijali się z całego świata żywiąc się tylko swoją miłością. Nareszcie przyszła…

-Przepraszam za spóźnienie, pieprzone autobusy zawsze mają jakieś obsuwy.

-Nic się nie stało kochanie, zamawiamy?

Włoskie potrawy doprowadzały podniebienia do rozkoszy. Włoskie wino otaczało wszystko swoją niezwykłą aurą. Było pięknie. Ta chwila pozostanie w pamięci Michaela, na zawsze.

Skończyli jeść. Isle gładziła dłonią udo Michaela. Czas na chwile się zatrzymał w(e) francuskim pocałunku, który niezbyt pasował do włoskiej restauracji. Michael włożył do skórzanego odliczoną kwotę plus 2 euro dla kelnera. Pomógł założyć Isle czerwony płaszcz, który świetnie się jej komponował z blond włosami do ramion. Wyszli trzymając się za ręce, ich palce tworzyły sieć nieprzerwalnego uczucia. Zaczął padać deszcz. Było cholernie romantycznie.

-Kochałeś kiedyś dziewczynę, tak bardzo jak kochasz mnie?

-Nigdy, Isle. Poza tym, nie mówmy o innych. Liczysz się dla mnie tylko ty.

Poszli na przystanek autobusowy. Linia 82 dojeżdża pod mieszkanie Isle w zachodniej dzielnicy. Nie widzieli niczego po za sobą. Świat zniknął, nie było niczego.

-Kawa czy herbata?

-Masz Earl Graya? Słodzę dwie- powiedział zdejmując płaszcz. Usiadł do stołu. Isle parzyła wodę na herbatę i kroiła sernik. Usiadła naprzeciwko niego i złapała go za rękę.

-Muszę ci o czymś powiedzieć, nie odbieraj tego źle, ale…

-Kocham cię Isle. Miłość zniesie wszystko.

-Jestem uzależniona…

-Dragi? Isle, nie podejrzewał bym cię, nic…

-Zamknij się! Daj mi dokończyć. Biorę środek, można powiedzieć, że to lekarstwo. Uspokaja mnie, uwierz po nim robie się bardzo nerwowa, tak jak teraz. Nie chcesz żebym była nerwowa?

-Nie Isle. Powstrzymaj się, razem…

-Zamknij mordę! Teraz spokojnie wstrzyknę sobie działeczkę, a ty wypijesz pieprzonego Earl Graya jak gdyby nigdy nic, zrozumiano?

-Wybacz, kochanie. Nie zniosę tego, wychodzę.

Michael wstał od stołu. Miał przerażoną minę gdy Isle wprowadzała igłę w tętnice szyjną. Gdy opróżniła niebieskawy płyn ze strzykawki, jej oczy nabrały znowu zwyczajnego blasku. Znowu była potulnym barankiem w jakim zakochał się Michael. To był dla niego szok. Zastanawiał się co to było. Heroina? Morfina? Był pewien, że to nie było żadne sycylijskie gówno. I jeszcze ta barwa, opalizujący błękit. Żadna ciecz nie mogła mieś takiego koloru.

-Wychodzisz, kochanie? Zostawiłeś prawie cały sernik.

-Isle, co tu się do cholery dzieje?

-Nic skarbie. Chciałam miło spędzić wieczór. Może nawet w łóżku…

-Nie Isle, przykro mi. Jeśli mi nie wyjaśnisz całej tej popieprzonej sytuacji, z nami koniec.

Isle uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic. Podeszła do Michaela i przytuliła go.

-Spokojnie, nic się nie stało- szeptała mu do ucha.

Michael znowu poczuł ciepło w całym ciele. Czuł, że cały czas ją kocha. Bez względu na wszystko. Ich usta zetknęły się w pocałunku. Jej usta smakowały dziwnie. Jak ołów. Były gorące. Isle wbiła mu strzykawkę w tętnice i wstrzyknęła niebieskawy płyn do krwioobiegu. Michael nie czuł już nic. Upadł na podłogę. Białka oczne podeszły krwią. Zniknęły w purpurowej otchłani.

-Przepraszam skarbie. Zaraz poczujesz się lepiej, dużo lepiej…

Isle dotknęła twarzy Michaela, który nie przytomny leżał na podłodze. Rozerwała mu koszulę i pocałowała go w gołą pierś. Na jego mostku został niebieski ślad i odciski zębów.

-Zaczynamy zabawę.

Act 2. Nowa dusza Michaela.

Michael ockną się w dziwnym mieszkaniu. Okropnie bolała go głowa. Miał poparzone ręce. Okna mieszkania były zamalowane na biało. Do pokoju w którym leżał wpadało mało światła. Rozglądał się po pokoju. Na środku stało łóżko, duże i zasłane w aksamitną pościel. Ściany były obdrapane i gdzieniegdzie pozbawione tynku. Na jednej ścianie wisiały pięknie oprawione zdjęcia. Michael nie mógł na nich nikogo rozpoznać. Wszyscy wyglądali podobnie. Prawdopodobnie, była to rodzina. Dziwił się, dlaczego w takim burdelu znalazł nienagannie czyste łóżko i kolekcje rodzinnych fotografii. Rozglądał się po pokoju, szukał jakiejś drogi ucieczki. Niestety, w żadnej z czterech ścian pokoju nie było drzwi. Podchodząc do okna potknął się o kabel. Zdziwiony pociągnął go mocniej i z trudem wyciągnął z pod łóżka radio. Nie było to przeciętne radio z miliardami niepotrzebnych funkcji. Było wykonane z drewna, miało tylko jedną gałkę. Nic więcej. Typowy minimalizm lat trzydziestych ubiegłego wieku. Bez zastanowienia zaczął kręcić gałką. Ku jego zdziwieniu złapał stację. Z kiepskiego głośnika zaczął sączyć się utwór Chopina. Poczuł się dziwnie. Jego zwieracze rozluźniły się, a z czoła sączył się słony pot. Chciał wyłączyć radio. Niestety, nie udało się. Urwał gałkę i cisnął radiem o obdrapaną ścianę. Stary sprzęt RTV nic sobie z tego nie robił i cały czas czynił swoją powinność. Muzyka stała się jeszcze głośniejsza. Michael myślał, że zaraz zwariuję. Muzyka była tak głośna, że rodzinne fotografię spadały jedna po drugiej roztrzaskując się na dziurawym parkiecie. Klatka piersiowa zaczęła go piec. Rozpiął koszulę i zobaczył niebieską malinkę. Z uszu zaczęła mu ciec gęsta, ciepła krew. Doczłapał się do królewskiego łoża i zamknął oczy. Nadmiar Fryderyka nikomu nie wychodzi na zdrowie.

Ocknął się kilka godzin później. Biała pościel była uwalona krwią. Smród był nie do zniesienia. Michael czuł się dobrze. Żadna część jego ciała go nie bolała. Błony bębenkowe nie były już małymi wodospadami Niagara. Znowu rozejrzał się po pokoju. Zdjęcia były powieszone na ścianach. Podłoga była czysta. Jego wzrok zatrzymał się na starej, antycznej szafie z dębowego drewna. Zastanawiał się, czemu wcześniej jej nie zauważył. Może po prostu jej tu nie było. Bez zastanowienia podszedł do szafy. Zapach zgnilizny był coraz silniejszy, zwalał z nóg. Podłoga skrzypiała mu pod nogami. Nie chciał otwierać szafy. Był pewien, że to co w niej znajdzie na pewno nie będzie zabawne. Podszedł do antycznego mebla. Jego ręka powędrowała na kryształową gałkę. Nie chciał jej otwierać, ale ręka tego pragnęła. Żywiła się jego strachem. Ostrożnym ruchem uchylił wielkie, ciężkie drzwi. Fala odoru, spowodowała mimowolny wyrzut treści żołądka. Nie miał czasu przyjrzeć się temu co było w środku. Wytarł usta o mankiet koszuli. Zamarł ze strachu. W szafie stała mała dziewczynka z wbitym w szyje nożem kuchennym. Jej oczy były żywe. Uśmiechała się. Michael nie mógł uwierzyć w to co widzi. Gwałtownym ruchem zamknął drzwi szafy, lecz pod koniec wykonywanej czynności, natknął się na pewien opór. Dziewczynka zaczęła odpychać drzwi. Z całych swoich dziewczęcych sił próbowała je otworzyć. Udało się jej. Michael chciał zesrać się ze strachu, ale w jego jelitach nie było już kału.

-Nie bój się Jeremy, nic ci się nie stanie. Mógł byś mi pomóc?

Michael zaniemówił. Dziwił się, dlaczego do jasnej cholery konwersuje z dziewczynką, w której gardle jest wbity nóż kuchenny. „Idealnie wyważony. Stworzony do Twojej dłoni” Cytat z Tele zakupów to jedyne co miał w głowie.

-Tttak. Mogę ci pomóc. Co ci się stało?

-To zły człowiek. Bardzo zły. Skrzywdził mnie. Mówił że mnie kocha…

Oczy Michaela nadeszły łzami. Rozpłakał się. Nie mógł pojąć, co robi w tak pojebanym miejscu, z dziewczynką, która nie ma prawa żyć. Chciał wrócić do domu. Chciał żyć normalnie.

Dziewczynka oparła dłoń na jego ramieniu. Pocieszyło go to, teraz wiedział, że nie jest sam w tym chorym pokoju,

-Proszę, wyjmij ten nóż, dobrze Jeremy?

Michael chwile się zastanowił. Delikatnie złapał za rękojeść i wysunął narzędzie z rany. Bał się, że sprawi jej ból. Nic z tych rzeczy. Dziewczynka ucieszyła się i zawiązała na swojej szyi różową chusteczkę.

-Jesteś dobrym człowiekiem?

Michael przytaknął i przytulił ją do siebie. Potrzebował odrobiny czułości

Wow, chyba będzie Act 3.

-Jak ci na imię?

-Jestem Julia, ale wszyscy mówili na mnie Pegi.

-Ja mam na imię Michael, ale możesz mówić do mnie Jeremi, jeśli tylko zechcesz. Wiesz jak się z tąd wydostać? Chyba jesteśmy uwięzieni.

-Nic podobnego, głuptasie. Przecież gdzieś tu były drzwi.

Pat zaczęła przesuwać swoją delikatną rączką po brudnej ścianie. Szła wzdłuż niej, mijając stare zdjęcia. Kilka kroków dalej, natknęła się na niewielką klamkę wystającą z obskurnej tapety.

-Tu są drzwi Jeremi, mógłbyś je mocno pociągnąć?

Michael szarpnął mocno za klamkę. Ta niestety została mu w ręku, a on sam przewrócił się na plecy.

-Chyba nie w tą stronę, głuptasie- dodała rozkosznie Pat tuszując niezręczną sytuację.

Michael wsadził klamkę na właściwe miejsce i pchnął z całej siły. Drzwi otworzyły się okropnie przy tym skrzecząc. Następne pomieszczenie było ciemne. Tak okropnie ciemne. Chłopak zamarł ze strachu, bał się zrobić cokolwiek. Dziewczynka wskazała Michaelowi przełącznik na ścianie. Zrobiło mu się głupio, że go wcześniej nie zauważył.

-No dalej, ja nie dosięgam!-

Michael włączył światło. Stare lampy na wysokim suficie zapalały się jedna po drugiej z wielkim hukiem. Każda lampa co raz bardziej oświetlała olbrzymie pomieszczenie przypominającą wielką fabryczną halę. Pomieszczenie było długie na 50 metrów i szerokie na dwadzieścia, było podzielone na cztery korytarze, oddzielone tylko cienkimi ściankami. Wzdłuż każdej ścianki stały po cztery wanny. Wzdłuż ścian były podwieszane, olbrzymie umywalki. Przy każdej umywalce stał niewielki taborecik. Nad niektórymi umywalkami były całkiem spore lustra, niektóre obtłuczone i bardzo brudne. Z tej „łazienki” bił straszny klimat przypominający stary szpital w którym niby jest czysto, ale wszystko zbudowane jest z takich materiałów, które już od samego początku wyglądały na zarzygane. Łazienka była wykończona białymi płytkami, które już dawno utraciły swój blask. Pomieszczenie wyglądało bardzo dziwacznie. Było profesjonalnie zaprojektowane i funkcjonalne, lecz nawet głupia łazienka nie może nic poradzić na upływający czas.

-Gdzie my jesteśmy, Pat?

-Jeremi, tyle razy Cię oprowadzałam, a ty ciągle pytasz o to samo. To są nasze umywalnie…

-Zaraz, jak to nasze?

-No nasze, wszystkich dzieci. Tu się myjemy, najpierw dziewczynki potem chłopcy. Jest całkiem śmiesznie, ale kiedyś Brandy poślizgnęła się na mokrej podłodze i uderzyła głową w skraj umywalki. Z jej pięknej buzi prawie nic nie zostało. Potem nie mogliśmy się myć same, więc siedziała z nami pani Isabel. Wszystkim od niedawna przydarzają się dziwne wypadki, jeden chłopak Boyd Williams, mówiliśmy na niego mały Willy, spadł ze schodów i nabił się na poręcz. Pani Isabel mówi, że nic im nie jest i cały czas leczą się w skrzydle szpitalnym.

-Jak duży jest ten… dom?

-Olbrzymi! Nie raz się tu zgubiłyśmy. Gdy znajdziemy się na nieodpowiednim korytarzu, zawsze dostajemy lanie od pani Miuriel. Dlatego nie można za bardzo zwiedzać. Ale słyszałam historię, że są tu też dorośli, bez rodzin i opiekunów. No troszkę się rozgadałam, chodźmy do innych, ucieszą się z obecności nowego gościa!

-Tak pięknie opowiadasz Pat, powiedz mi dokładnie gdzie my jesteśmy. To jakiś szpital?

-Oj Jeremi, to nasz jedyny dom. Nikt nie jest chory, ale codziennie dawali nam śmieszne cukierki po których łatwiej się zasypiało. Ale żadne z dzieci nie jest horę. Tylko dorosłym się tak wydawało. Nigdy nie wypuszczali nas na dwór, kiedyś Monica powiedziała, że nie ma innego świata po za tym domem, mówiła jeszcze, że jest tu wiele nie odkrytych miejsc, w których dzieci mogą się bawić do woli i nie ma tam dorosłych. Nikt nikogo nie bije i wszyscy są równi – chłopcy i dziewczynki.

„Świetnie” pomyślał Michael, jestem zamknięty w wielkim domu dziecka, zaraz znajdę kogoś z personelu i spokojnie stąd wyjdę.

-Jeremi, chodźmy już, nie chce aby znalazła nas pani Miuriel.

Michael wziął Pat za rękę i razem przeszli przez olbrzymią umywalnie. Kwaśny odór stawał się co raz bardziej mocniejszy…

Brudna robota 3

Jego siostra Anna byłą jego jedyną rodziną która mu została. W okresie młodości, niezbyt się lubili, ale nie mieli innego wyjścia. Byli jak typowa siostra ze starszym o 10 lat bratem. Mieszkali pod jednym dachem 2 lata. Ona miała wówczas 17, on 27 lat. Rola ojca kiepsko mu wychodziła, chociaż starał się ze wszystkich sił. Nie raz zbierał Anie całą zarzyganą z domówek i innych imprez. Ania zawsze była zbuntowanym nastolatkiem, zmieniła się kiedy straciła rodziców. Jej brat też to przeżył, bolało go to, ale nie okazywał skruchy – musiał zachować postawę aby nie stracić i tak marnego autorytetu.

Któregoś dnia, dwójka rodzeństwa otrzymała zaproszenie na pogrzeb ciotki w jednym z angielskich mieścin. Początkowo myśleli, że zaszła tutaj drobna pomyłka typowa dla Warszawskiej poczty, jednak nazwisko ciotki potwierdzało tylko, że listonosz tego poranka był trzeźwy. Pogrzeb miał odbyć się za tydzień. Przelot tanimi liniami był opłacony, a rezerwacja dokonana na najbliższy weekend. Domyślali się, a raczej mieli nadzieję, że nieznana ciotka zostawiła im chodź trochę grosza w ramach spadku. Jakakolwiek pomoc finansowa była cholernie wskazana. Brat nie wyrabiał już harując na dwa etaty.

Na lotnisku w Swissgate czekał lokaj. Nigdy by się tego nie domyślili, gdyby nie trzymał ogromnej tablicy z ich nazwiskiem. Lokaj był niskim mężczyzną w średnim wieku. Ubrany był w nienagannie białą koszulę i czarne, garniturowe spodnie. Rodzeństwo było cholernie zdziwione i jednocześnie podniecone. Nigdy nie spotkała ich podobna przygoda. Wylądowali na obcej ziemi i już zmarła ciotka posłała lokaja aby bezpiecznie odebrał ich z malutkiego lotniska. Lokaj okazał się miłym człowiekiem. Zaprowadził rodzeństwo do luksusowego, ciemnozielonego Jaguara, otworzył im tylne drzwi a tobołki schował do bagażnika. Podróż trwała nie całą godzinę. Angielska pogoda przywitała ich najlepiej jak potrafiła – czyli leciutką mżawką. Lokaj – szofer zagadywał ich i sprawiał pozytywne wrażenie ciepłej osoby. Ania nie mogła się doczekać ile ciotka mogła zostawić im w spadku. „Może uzbiera się na waciki” pomyślała i od razu przypomniała sobie scenę z Kilera, która nie potrzebnie utkwiła jej w pamięci.

Widząc ogromną rezydencje, która wyłoniła się z za małego zagajnika, nie mogli uwierzyć w to, że to dom zmarłej cioteczki.

Ceremonia była dosyć krótka, najbliższy przyjaciel ciotki wygłosił wzruszającą mowę o ich wspólnym życiu.  Na koniec powiedział: „Granica przyjaźni zostaje przekroczona, gdy stajemy się dla kogoś całym jego życiem – wtedy pozostaje tylko miłość”

Po poczęstunku nastąpiło uroczyste otwarcie testamentu. Jedynymi spadkobiercami było rodzeństwo oraz lokaj. Rodzeństwo dostało pół miliona funtów i skromną działeczkę pod Londynem. Lokaj dostał cały dom z wyposażeniem, stajnią oraz wszystkimi innymi dobrodziejstwami. Do rodzeństwa jeszcze nie dotarło to, że są pół milionerami a lokaj popłakał się ze szczęścia i po cichu dziękował owej ciotce.

Brat myślał co zrobić z taką sumą. Pierwszy pomysł był oczywisty – edukacja Anki. Dał jej wybór studiów w każdym państwie jakim tylko sobie wymarzy. Ania marzyła od zawsze o Londyńskim Collegu. Brat stwierdził, że nie ma problemu – ale on wraca do Polski, ponieważ miał tam już zagrzaną posadę w wydziale zabójstw powiatowej policji.

Brat odwiedzał siostrę do miesiąc. Żyło im się dobrze, oboje byli szczęśliwi. Ania poznała nowych przyjaciół, miała odpowiedzialnego chłopaka i dobrą szkołę. Mogła też sobie pozwolić na nieco więcej przyjemności niż kilka miesięcy temu w Warszawie. Postanowiła też wyrobić sobie prawo jazdy

Adam spełniał się w roli policjanta, poznał świetną kobietę – Julię, studentkę wydziału zabójstw. Mieszkali razem na Warszawskim Śródmieściu. Adam nie wiedział, że jego życie diametralnie się zmieni. Na gorsze.

 

-Moja głowa- chyba zasnąłem. Ile spałem? Paskudnie się czułem. Jeszcze raz dokładnie przyjrzałem się zdjęciom. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to jakiś podły żart. To co widziałem, było największym ciosem. Na zdjęciach była moja własna siostra. Poznaje jej smukłą talię, złociste włosy, łagodne rysy twarzy. Kto mógł jej to zrobić? Setki pytań zaprzątały moją głowę. Z każdym z nich, moja wściekłość narastała. To jest uczucie, które targało mną drugi raz w życiu. Te uczucie, to mieszanka naiwności, bezradności i wściekłości. Nikt nie powinien tego czuć. Dlaczego akurat ona? Przecież obiecywałem jej, że wszystko będzie w porządku, że jej nigdy nie zostawię.  Pieprzona Anglia, pieprzony spadek. Mam ochotę zabić. Może i nawet siebie, byle by tego nie czuć.

Po kilku godzinach ogarnąłem swoje myśli. W wiadomości którą dostałem, napisany był telefon. „Z angielskim prefiksem” pomyślałem. Bałem się zadzwonić, cholernie się balem. Ale ta sprawa nie mogła zostać nie wyjaśniona. Zemsta to jedyne co chodziło mi po głowie.

Zadzwoniłem pod napisany numer. Czekałem dwa sygnały a potem włączyło się nagranie. Jak by tylko czekało na mój numer.

-Czekałem na pana. Liczyłem na to, że pan zadzwoni. Jak pan widzi, sprawa wygląda ciekawie, powiedział bym zabójczo ciekawie, nie prawda? Liczyłem na to, że to jedyny sposób, aby przemówić do pańskiego rozsądku. Mam nadzieję, że odda mi pan to, co do mnie należy. Niech pan w spokoju czeka na kolejne wskazówki. Ostrzegam pana, mam tu jeszcze kogoś, z kim mógłbym się zabawić. Ale spokojnie, nie będzie bolało.-

Przeprosiny i gitarowe gwiazdy 1#

Tak wiem, dawno moje literki nie gościły na tym blogu. Lukasz wziął go pod swoją chwilową opiekę, stąd tyle wierszy przesyconych miłością, smutkiem, rozpaczą i nienaganną głupotą. Z racji tego iż moje życie wreszcie nabrało, cholera, właściwie niczego nie nabrało. Zostawmy pierdoły. Ostatnio robiąc porządek w biurku, natknąłem się na dosyć stare opisy kilku najlepszych gitarowców wg. mnie. I oto dwójka z nich. Kiedyś tam napiszę więcej. Chciałem jeszcze pozdrowić osoby, które dzielnie przeglądają bloga i codziennie łudzą się, że coś napisałem. No to macie. Chyba machne kolejny akt “Brudnej Roboty”…

Jimi Hendrix

Jeśli ktoś z Was nie słyszał o słynnym „Lewym Jimim”, proszę, zrób coś dla mnie – natychmiast skocz z okna! Jimi zrobił więcej dla muzyki rockowej niż Violetta Villas dla swoich psów. Ten człowiek był chodzącą abstrakcją, czymś co nie powinno żyć. A jednak wyciskał ze swojego życia to, co najlepsze.

Hendrix wraz ze swoimi „czarnymi braćmi” nagrali kilkanaście mistrzowskich piosenek. Między innymi Voodoo Child, Foxy Laydy, Purple Haze. Hendrix był dosyć nietypowym gitarzystą, grał lewą ręką, co było dosyć dziwaczne dla innych ludzi i dla niego samego, ponieważ nikt w tedy nie myślał o produkcji lustrzanych gitar dla 3 osób na świecie (Jakimoska, Hendrixa i Kinga). Drugą śmieszną sprawą, była skłonność do zdrowego ćpania przez całą dobę. Czytałem kiedyś wypowiedz jednego z jego kumpli. Dziadek mówi, że Jimi był kiedyś naćpany do tego stopnia, że przerywał nagranie i prosił kolegów z zespołu aby dodali do muzyki trochę czerwonej barwy. „Wszystko opisywał kolorami, nie mówił, żebyśmy grali szybciej lub wolniej – mówił jaśniej lub ciemniej”. I powiedzcie, jak tu go nie podziwiać? Dzięki Jim za porcje dobrej muzyki, zapoczątkowanie Woodstock Festiwal (Polski odpowiednik w Jarocinie) oraz za to, co zrobiłeś dla przyszłości rockowych brzmień.

Slash

Jego muzyka robi z moimi uszami to, co obiad mojego ojca z przełykiem. Gdyby nie on, nie wiedzieli byście co to jest cylinder, Jack Daniels, styl oraz gitara. Slash świetnie to wszystko ze sobą łączył. I matko, jak on grał! Kiedy myślę o tym wielkoludzie, widzę postać odzianą w skóry z najlepszych krów karmionych potrawami, których sam nie mógł bym nigdy zamówić i winem tak wybornym, że kosztuje równowartość Polskiej dziewicy przed piętnastką za butelkę. Do dobrych ciuszków dochodzi Gibson Les Paul Standard z wykończeniem „w tygryska”, papieros marki Marlboro trwale przyklejony do ust, bujne ciemne loki opadające na wielkie, przeciwsłoneczne okulary. Sumując cały asortyment, Slash nie wystawia na światło dzienne ani jednego kawałeczka swojej skóry, nie mówiąc już o twarzy, która do dzisiaj stanowi pewną zagadkę. Ale Slash to nie tylko stylowy przedmiot – Slash to przede wszystkim jego muzyka, która jest tak zajebista, że, nie mam jej z czym porównać. A tak, przykłady: Sweet Child O’mine, Paradise City, Anything Goes, Welcome To the Jungle, Don’t Cry, i pare innych. Kiedyś myślałem, że skoro nie ma Slasha, nie ma Gunsów. I tak właśnie jest, ponieważ to co jest obecnie, to nie zespół a wielka orkiestra i sztab ludzi od pokrętełek i potencjometrów tonu. Ale po to są dawne czasy, aby ich nie było. Jezu, przecież jak by młody Slash nie w wziął do ręki gryfu pisał bym teraz o świetnym hicie „YMCA”(łaj em ci ej) bandy pedałów, której nazwy nawet nie mam chęci zapamiętać.

Katharsis/Exodus

  • Już od dawna wiedziałem, że mnie nigdy nie kochałaś

Czułem, że sama ze sobą codziennie mnie zdradzałaś

Oplotłaś mój mózg nierozerwalnym bluszczem

Byłaś grubym i nieprzenikalnym lustrem

Sprawiłaś, że oślepłem, nie dostrzegając, co się dzieje

Wielokrotnie dałaś mi gubiącą mnie nadzieję

  • Kiedy upadałem, sam musiałem się podnosić

Ukojenie ukryte pod każdą postacią sobie przynosić

Jedyne, co mi dałaś, to dostatek niepewności

Przymus ukrywania uzasadnionej wściekłości

Nie wykazałaś najmniejszej nawet inicjatywy

Cały raj, który mieliśmy razem stworzyć, okazał się fałszywy

    • Muszę po raz wtóry zbierać podziurawione serce swe z podłogi

    Po zakurzonych kątach szukać poprawiającej błogi stan analogii

    Twarz Twoja nieustannie mój umysł prześladuje

    Co sprawia, że jedna część mnie jednogłośnie abdykuje

    Wciąż Cię kocham, lecz bardziej nienawidzę

    Swoich jednostronnych uczuć dozgonnie się wstydzę

    • Więc czas przerwać to chemiczne, prowadzące donikąd myślenie

    Przelać na Ciebie moje destruktywne cierpienie

    Chcę Cię kłuć, szarpać, ciąć, łamać i wyciskać

    Tak jak Ty mnie, do granic wytrzymałości wykorzystać

    Przyznam, że od początku namiętnie Cię zdradzałem

    Z muzyką, którą bardziej od Ciebie szanowałem

    • Po raz ostatni piszę bzdurne poematy o miłości

    Na to uczucie szkoda życia i bezcennej młodości

    Pragnę się go wyzbyć i zniszczyć raz na zawsze

    Z nieprzewidywalnym tchnieniem zatańczyć powabnie

    Nie masz nawet odwagi wyszeptać „przepraszam”

    Nie widzisz swego błędu i z wielkim bólem mnie wypraszasz

    • Kiedy brak miłości, życie boli, kiedy miłość jest, boli jeszcze bardziej

    Kieruj się umysłem, duszą i ciałem, a serce traktuj jak najtwardziej

    Nie ufaj sercu, tak jak ja to uczyniłem

    Po czym sięgnąłem dna i we własnych łzach się utopiłem

    Nie chcę już nigdy więcej czuć na sobie Twojego spojrzenia

    Chcę unicestwić wszystkie nieśmiertelne wspomnienia i łaknienia

    • Wiem, że Ty nie zapomnisz o mnie a ja o Tobie

    Na zawsze zapamiętasz to proste posłowie

    Jestem Twym kochankiem, przyjacielem i wrogiem

    Wcieleniem piękniejszego jutra i koszmarnego wczoraj we własnej osobie

    Poczuj oczyszczenie i unicestwienie, będące terapią na zamkniętym oddziale

    Na którym jesteśmy łożem

    A jedno z Nas zostanie na podłodze

    Zamiast oddać się trwodze, przyjrzy się pokorze

    Brutalizm, Ból, Strach, Śmierć, Odrodzenie, Naprowadzenie

    Zamiast iść przed siebie, do tyłu się cofam

    Zamiast szukać perspektyw, wciąż z przeszłością się kocham

    Zamiast sukcesywnej stateczności, wybieram ucieczkę,

    Ucieczkę przed samym sobą, przed czymś, czego nie chcę

    W dniu moich narodzin, zakończyłem swe życie

    Jednak krwawa tkanka jest dla zwłok odpowiednim okryciem

    Ciemność przede mną sprawia, że uderzam głową w ścianę,

    Ciemność pozbawia mnie źrenic, zamiast cienia widać czerwoną plamę

    Ciemność spotka każdego, podaruje wieczne kalectwo,

    Kalectwo, które da ochłonąć ekspresywnym afektom

    Jeszcze się nie narodziłem, a już umarłem

    Duszę bez śladu poświaty, na kawałki rozdarłem

    Nienawiść, niczym pasożyt oplata me kiszki

    Nienawiść sprawia, że najbliższy przestaje być bliskim

    Nienawiść czyni, że niszczę wszystko, co stworzyłem,

    Stworzyłem  namacalną wizję, którą bezwzględnie zabiłem

    Po śmierci, śmierć powoli umiera

    Wszystkie półtchnienia z poszczególnych komórek zabiera

    Nieczystość oddaje mnie cudzołożnym ekspresjom

    Nieczystość jest moją przytulną, krwawą posesją

    Nieczystość zostawia nieusuwalną skazę,

    Skazę, która uczyni przestrzeń nisko jakościowym obrazem

    Wiem jednak, że życie bez pomysłu boli bardziej,

    Bardziej niż wtedy, kiedy Śmierć przygryzie mi wargę,

    W momencie śmierci ból na zawsze się kończy,

    Kończy się, więc połóż się martwy i grzecznie odpocznij

    Ja jestem Wiatrem,

    Jeźdźcem bez trwogi,

    Elektrycznym Krzesłem,

    Niekończącym się Spektaklem,

    Jestem Sceną, z której Ty przedwcześnie zszedłeś,

    Zszedłeś i w Suflerkę Przegranej bezmyślnie wbiegłeś

    Jeśli chcesz kiedykolwiek odzyskać swą wartość,

    Obejmij Rzeczywistość i przeciwstaw się trapiącym Cię żartom,

    Wsuń w rękaw Asa Pik, nie przyglądając się lewym kartom,

    Jeśli tego nie zrobisz, pozwól mi wieko od Twojej Trumny Przeciętności zamknąć

    Wiem, że tak nie postąpisz, więc biegnij za mną,

    Niech biegną wszyscy, którzy wierzą, że kiedyś swoją autostradę odnajdą…

    Jeździec Burzy

    Olejniczak

    Wakacje mam.

    No chyba mogę?

    W tygodniu szukajcie tu czegoś.

    Brudna robota 1 i 1/2

    Zapewne myślicie, że skoro zgarniam 50 patyków za zlecenie, to mam super  wypasioną chatę, pełny barek i stos dziewic pod łóżkiem. Nic z tych rzeczy. Wynajmuje mieszkanie od jakiejś starej baby, w barku stoją tylko puste butelki a pod moim łóżkiem można znaleźć tylko, nieważne.

    Postanowiłem, że zrobię sobie tydzień wolnego. Trochę posprzątam, pójdę ze znajomymi do pabu. Cokolwiek, byle by odpocząć od tej roboty. Wiecie jak to jest, muszę być ciągle czujny, mój telefon prawie nigdy się nie zamyka. A to ktoś przesyła groźby, prośby, ulotki itd. Mam to obowiązkowo w dupie, ale nie parafie się tak do końca wyłączyć. Zawsze trzeba grać na wysokich obrotach.

    Przed otworzeniem butelki, chciałem jeszcze sprawdzić swoją pocztę. Potem chyba nie był bym w stanie. Zazwyczaj wypierniczałem cały spam i inne piredoły, w tym groźby. Wiadomości od przyjaciół, dziewczyn i klientów zapisuje na dysku a potem oczyszczam całą internetową skrzynkę. Sortując pocztę natknąłem się na dziwny temat:

    „xg5566789zgon”

    Tak zakodowane wiadomości przesyłał mi tylko mój stary przyjaciel z policji. Ten śmieszny wstęp miał na celu zmylić potencjalnych hakerów. Jak do tej pory nie skarżyłem się na nich, więc chyba sposób jest dobry.

    W załącznikach maila znalazłem kilka fotografii w dużej rozdzielczości. Nie były to fotki wykonane przez normalnego człowieka. Zdjęcia ukazywały ciało młodej kobiety na krześle. Na pierwszym – siedziała w ubraniach, na drugim – naga, na trzecim – z głębokimi ranami na nogach i rękach (wg. Mnie zadane nożem do cięcia sera – rozdwojone fałdy skóry przy nacięciach) na czwartym – jej ciało było odarte ze skóry, na piątym – został sam szkielet w peruce. Dobra, gdzie moja whiskey?

    Miłosny Testament…Musisz Zrozumieć.

    Kochaj mnie niejeden raz,

    Odwiedzaj mnie w snach.

    Jeśli zacznę wątpić już,

    Zetrzyj z mego serca kurz.

    Pogromczynio ludzkich dusz,

    Poznałem smak Twych ust.

    Nie chcę ich zapomnieć,

    Niezmierzonej wagi smacznych wspomnień.

    Codzienność nie będzie już cierpieniem,

    Jesteś mym odwiecznym zbawieniem.

    Mam siłę przeskoczyć mur,

    Dotychczasowe życie zamienić w gruz.

    Tłuczonego szkła i przesteru dźwięk,

    Post apokaliptyczna wizja i szczęścia jęk.

    Kieliszek wina i Twojej obecności znak,

    Kilka starych hitów i wzruszenia łza.

    Pełen gracji krok i przenikliwy wzrok,

    Wyczulony słuch,czysty i przejrzysty pot.

    Papierosa i Żołądkowej monotematyczny misz-masz,

    Gdy jesteś w pobliżu,nałogów brak.

    Pragnę wlać w Twe serce miłosnego rock’n’rolla,

    Taka jest za życia i po śmierci moja wola.

    Trzymam Cię mocno i kocham tak dokładnie,

    Nie pozwól więcej bym spadł bezwładnie.

    Dzieło Łukasza O.

    Ty Też Masz Coś Z Tego..?

    Niewolnik własnego sumienia,

    Potępieniec sensu życia.

    Uciekający przed przegraną,

    Wystrzegający się banałów.

    Altruistyczny egoista,

    Cyniczny paranoik.

    Pesymistyczny romantyk,

    Swą obecnością nieobecny.

    Taki prosty i schematyczny,

    Odległy,w pobliżu bliskości.

    Wątpliwy wierszokleta,

    Strażnik niesmaku.

    Stojący z tyłu,

    Patrzący z boku.

    Sam w sobie ukryty,

    W miejscu zatrzymany.

    Z góry pokonany,

    Nie podejmujący walki.

    Wycieńczony trwaniem,

    Wybawiony skończonością.

    W miłości zadurzony,

    Nienawiścią zauroczony.

    Zakurzony nieszczerością,

    Ubłocony nieczułością.

    Podążając niepewną ścieżką,muszę uważać,by się nie pobrudzić

    Ostrożnie stawiać kroki,nie chcę się zbytnio natrudzić

    Wbrew wszystkiemu i samemu sobie iść pod wiatr

    Świerzym umysłem i trzeźwym wzrokiem spoglądać na świat

    Wstając z łóżka każdego dnia,chciałbym mieć plan

    Ściśle określoną koncepcję polepszającą mojej świadomości stan

    Mało inteligentnym poglądom wypowiedzieć intensywną wojnę

    Szare i bezwartościowe noce przeistoczyć w noce upojne

    W teraźniejszości,w której tak ciężko jest żyć

    Gdzie pesymizm i niechęć można w ziemi ryć

    Chciałbym się odnaleźć i pokonać przeciętność

    Zedrzeć z siebie beznadziejności piętno

    Bym nie musiał już w głuchą pustkę wyć

    Brudnych błędów z butelki zapomnienia pić

    Bym mógł się obudzić i nie musiał ślepo śnić

    O lżejszej przyszłości,w której chcę po prostu być!!!

    Dzieło Łukasza O.

    Bezsenna,Leniwa Codzienność

    1. Wyruszając w otchłani zimne ciemności

    Porzuciłem resztki swojej zbędnej godności

    Zostawiając za sobą wszelkie nieczystości

    Wtulając się w otwarte ramiona bezsenności

    Szeroka,szkarłatna znieczulica

    Oplata zgrabnie śmiertelników lica

    2.Chowając się w kolejne puste przecznice

    Wszystkie me koszmary wybiegają na ulice

    Stoją na przeciw złudnej codzienności

    Żelazny Judasz miażdży mi kości

    Parszywi ludzie smakują życia

    Wyjadają jego części,niczym z koryta

    3. Odpadająca skóra,nieuleczalne rany

    Przez samego siebie jestem sponiewierany

    Pełna akceptacja swojego losu

    Do przeszłości nie ma powrotu

    Czas wcale nie leczy ran

    To tylko przejściowy stan

    4. Jednak żaden istniejący stan

    Nie uleczy raz zadanych ran

    Otwierając spróchniałe rzeczywistości drzwi

    Słyszę ledwo wyczuwalny pisk

    Przyglądając się oczom prawdy nie skrzywdzonej

    Przed dawnymi czasy utraconej

    Dzieło Łukasza O.
    More Information